Wolna Grupa Bukowina
www.wgb.w.pl
Dla wszystkich drzwi otwarte
http://pulsar.net.pl/bukowina
Nowości
Dom Bukowy
Mieszkańcy
Dłutem wyryte
Gędźby
Stara szuflada
Pieśni
Na szlaku
Kronika
Śpiewogranie
Pokój Wojtka
Bukowe liście
Przy ognisku
Młoda Bukowina
Gitarowy kącik
Strych
Kontakty
Szlaki

czytaj strony: [1] [2] [3] »

Na górskich szlakach, na miejskich ulicach naszego życia, spotkać można tych, którzy Bukowinę. noszą w sercu. Po prostu mówią, piszą to co czują, opisują swoją przygodę z Grupowiną. Tu jest miejsce, tu są przyjaciele, którzy wysłuchają twojej pisanej wiatrem piosenki.

  Piosenka dla przyjaciela
 


Przeczekamy jeszcze jedną zimę
Żeby znów móc się spotkać przyjacielu
Opowiedzieć co dobrego
I zapomnieć o złych chwilach
Przeczekamy a gdy wiosną wyschną drogi
Dogonimy tych co przeszli obok

	Przeczekamy jeszcze jedno lato
	Wciąż nie wierząc że na karku mamy jesień
	A dziewczynom co odeszły
	Odeślemy listy z deszczu
	Przeczekamy żeby życia zbyt nie trudzić
	A epilog dopiszemy garścią złudzeń

Przeczekamy cisze między nami
Płoche słowa i rozmowy nieskończone
Chleba nigdy nam nie zabrakło
Popatrz, znowu kwitnie jabłoń
Przyjacielu gwiazda spadła

    
  Andrzej Pacuła
(wiersz wyszperał, przpisał i przysłał Vermis)



Koncert dla ludzi ze szlaku, u stóp Babiej Góry; Zawoja zimą 2000

Bukowina stworzyła podwaliny pod piosenkę turystyczną, studencką, poezję śpiewaną. Choć pojęcia te łączą się ze sobą można je wyodrębnić (niektórzy uważają iż żadne z tych pojęć nie ma definicji) Jest wzorcem niedościgłym jak na razie - nie spotkałem na polskiej scenie zespołu równie dobrego. Wystarczy ich posłuchać chociażby z płyty, choć na koncertach słychać to jeszcze lepiej. Wacek i Wojtek grają na gitarach (elektro)akustycznych, i są czarodziejskim przykładem jak za pomocą dwóch gitar osiągnąć brzmienie czterogitarowe. Dwaj mistrzowie gitar śpiewają wraz z ciepłogłosym "Zajączkiem" mądre, zadumane łagodnością teksty, dzięki czemu stają się niezrozumiali dla większości społeczeństwa, za to tych, którzy zrozumieli i wlali w serce Bukowinowe ballady można nazwać swego rodzaju elitą.



Sukces WGB nie polega na ilości wydanych czy sprzedanych płyt, czy słuchaczy, lecz na magii piosenek które stworzyli. One mają jakiś tajemną moc, wlewają się w serce, aż niewiaodmo kiedy samemu się je śpiewa.

Tak, jakby w środku zimy powiało od bezlistnych, oblepionych śniegiem buków. Wiosna śpi gdzieś tam głęboko w jaskiniach, zakopana po uszy w zeszłoroczne liście, ale pewnie odwróciła się właśnie na drugi bok i westchnęła głeboko, bo ten ciepły oddech dotarł pod moje okna i zamienił lodowe kwiaty w zwykłe, nieciekawe krople. Wcale się tym nie zmartwiłem. Wolę inne kwiaty. I inne kolory... No i zaraz przypomniały mi się góry. Magiczny flet wiatru ukryty wśród bukowych liści i jodłowych igieł. Potokowe dzwoneczki. Przypomniało mi się skrzypienie butów na kamienistej ścieżce. I jeszcze tyle różności mi się przypomniało



"Moja przygoda z WGB"
z serii 'dzikie gesi' © Ryszard Brzeziński

Pierwszy raz spotkałem się z tym zespołem w '91. Kupiłem sobie wtedy ich kasety, dlatego że usłyszałem od kolegi, że istnieje coś takiego jak WGB. Obaj zafascynowani byliśmy wówczas Starym Dobrym Małżeństwem, poszukiwaliśmy więc innych zespołów z tej branży, co było wielce trudne, bo rynek nie był rozwinięty, a i nasi rówieśnicy słuchali wyłącznie TOP - ONE'a, Mc.Hammera i innych MC-młotków. Kumpel się skądś dowiedział że istnieje, jak mu ktoś powiedział, "oprócz SDM-u jeszcze WGB; grają to samo, tylko że trochę gorzej" Po długich poszukiwaniach stałem się więc posiadaczem dwóch kaset i włożywszy jedną do Walkmana wracałem leniwym tramwajem do domu. Tramwaj to niezbyt odpowiednie miejsce do słuchania tego typu muzyki, więc nie przypadła mi za bardzo do gustu, oczywiście poza piosenką, która mówiła, że "w mieście jak ryby tramwaje...", ale byłem młody i miałem jeszcze ciasny umysł, więc WGB zaczęła wsiąkać i docierać do mnie powolutku. Po kilku tygodniach stała się dla mnie ambrozją, kasety wyjmowałem z walkmana tylko po to, żeby włożyć je do magnetofonu w domu, lub odwrotnie. Wszędzie gdzie byłem, była ze mną Bukowina. I tak na nią zachorowałem.

Łza
Moje pierwsze spotkanie z WGB
z serii 'dzikie gesi' © Ryszard Brzeziński

Moje pierwsze spotkanie z WGB właściwie jest mocno nieskonkretyzowane, bo moja o 8 lat starsza siostra przyniosła do domu kasety, gdy wstąpiła do drużyny harcerskiej w pierwszej klasie liceum. Było to jak miałam siedem lat. Od tamtej pory właściwie cały czas Bukowina jest ze mną. Na wstąpienie do drużyny musiałam poczekać jeszcze co prawda sześć lat, ale moja druga siostra starsza ode mnie o trzy lata, była jakby łącznikiem miedzy mną a wędrowaniem, łażeniem i w ogóle klimatami... Moi rodzice zawsze bardzo lubili WGB, wiec zawsze, gdy jechaliśmy gdzieś samochodem, słuchaliśmy dwóch kaset: Bukowiny I i Bukowiny II. Do tego stopnia, ze w tej chwili mamy już piąty "komplet" i trzeba by kupić nowy. piosenki WGB kojarzą mi się przede wszystkim z ciepłem, z przyjaźnią, z tym, co jest dla mnie najważniejsze. W drużynie harcerskiej staram się być osobą, na której każdy może polegać, do której każdy zawsze może przyjść i się wyryczeć w ramie, i która może również dzięki temu ma jakiś tam autorytet, ale tylko w sprawach harcerskich - wykraczając poza to staram się być raczej jak starsza siostra niż ktoś inny. Ta moja "pozycja" w drużynie wynika zapewne z tego, ze jestem w trzeciej klasie, wiec dla wielu jestem duzo starsza, biorąc pod uwagę fakt, ze my liczymy wiek od momentu pierwszego wyjazdu z drużyną. a ze na ogól pierwszy wyjazd jest w pierwszej klasie (ja pierwszy raz pojechałam w siódmej), to.... jestem stara. Ale nie o tym chciałam pisać. chciałam pisać o tym, że taka właśnie ciepła atmosfera, jaką mam na około siebie w drużynie, ta troska, przyjaźń, to wszystko strasznie mi sie kojarzy z tym, o czym śpiewa Bukowina. a jeszcze dochodzi to, że śpiewamy strasznie dużo ich piosenek... strasznie się rozpisalam, trochę za dużo pewnie o drużynie, ale jest ona dla mnie strasznie ważna. i Bukowina jest dla mnie jej symbolem. a właśnie: "pejzaże Harasymowiczowskie" są nieoficjalnym hymnem XXI WDH "Stare Żbiki". to chyba tyle...

Katalia


"Moja przygoda z WGB"
Przedni staw © Łza

Pierwsze spotkanie? Dawno to było. Pojechałem sobie na zimowisko. Chodziłem wówczas bodajże do drugiej klasy liceum. Miejsce, w którym się znalazłem wspaniale - może niezupełnie w górach, ale za to pełne tajemniczości i takiej magii, która można odczuwać tylko wtedy, gdy się z bliska popatrzy w daleka przeszłość. Miasteczko nazywa się Otmuchów. Zakwaterowano nas w domu wczasom (hotelu?) "Zamek".

I nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze było to autentyczne, średniowieczne zamczysko, z jedynymi zachowanymi w tej części Europy "końskimi schodami" - to znaczy takimi, po których rycerz mógł konno wjechać bezpośrednio do jadalni. Oprawa wiec wspaniała, tyle, ze towarzystwo zupełnie nie. Wychowawcy tez prawdopodobnie przyjechali odpoczywać, bo tak naprawdę widziałem ich tylko pierwszego i ostatniego dnia. Życie dopowiedziało wiec resztę - większość moich kolegów i koleżanek już pierwszego dnia leżała pokotem po zażyciu solidnej dawki sfermentowanych soków jabłkowych. Chociaż nie należę do całkowitych abstynentów, jednakże w tym miejscu, w którym w nocy można się jeszcze było dosłuchać cichego echa miecza uderzającego o stalowy pancerz graniczyło to z profanacja.
Na cale szczęście podobne odczucia jak ja miało jeszcze dwóch innych facetów. Drugiego dnia rano, gdy reszta "zimowiska" leczyła ból głowy, my rozpoczęliśmy zwiedzanie zamczyska. Osobą niezwykle pomocna okazała się pani zajmująca się biblioteka ośrodka. Pokazała nam cały zamek, opowiedziała kilka legend - miedzy innymi o lochach, które jakoby łącza ten zamek z odległą Nysa... Dla nas jednak najciekawsze były tajemne przejścia pomiędzy komnatami. Dwa z nich były zamurowane, jedno jednak pozostawało nadal "czynne". Po długich prośbach udało nam się przekonać nasza przewodniczkę, ze jest to jedyna, niepowtarzalna okazja, by takie przejście zwiedzić.
Przejście prowadziło z pokoiku na piętrze, wąskim kanałem w dół, wzdłuż komina i kończyło się za kamiennymi płytami kominka w sali, która kiedyś była sala poselska, a w czasach, gdy my tam byliśmy - biblioteką. Służyło to - jak łatwo się domyśleć - podsłuchiwaniu gości, którzy przybyli do otmuchowskiego zamczyska z poselstwem. My otrzymaliśmy cicha zgodę na zwiedzenie przejścia w odwrotna stronę. Po odsunięciu kamienia z tylu kominka ukazał się nam drugi, ciasny komin prowadzący w gore. Po stalowych klamrach ostrożnie wspinaliśmy się. Zasuwka w bok i po odsunięciu czegoś, co z drugiej strony imitowało regał mogliśmy śmiało wejść do pokoiku...
I tutaj, po przydługawym - aczkolwiek koniecznym - wstępie zaczyna się moja przygoda z WGB. Wtedy jednak o tym jeszcze nie wiedziałem. Gdy odsunąłem regał zobaczyłem cos, czego pewnie nigdy nie zapomnę. Do pokoiku w miedzy czasie wprowadziły się bowiem trzy dziewczyny z przybyłej właśnie studenckiej grupy turystycznej. Niczego nieświadome przebierały się, gdy nagle szafa się odchyliła i zza niej wyjrzały umorusane sadzą, czarne gęby. Wiem, ze brzmi to nieprawdopodobnie, ale tak było naprawdę. Jedna z panienek, z przeraźliwym krzykiem uciekła na korytarz, nie zważając nawet na to, ze była w stroju topless.
Cala historia do tego stopnia rozbawiła studenckie towarzystwo, że zostaliśmy tego samego wieczoru w trójkę zaproszeni jako honorowi goście na ognisko (takie "kominkowe", tyle, ze przy innym kominku, niż ten "tajny") . Moi koledzy wybrali dyskotekę, ja natomiast poszedłem do studentów - głownie zresztą po to, żeby jeszcze raz przeprosić wystraszone dziewczyny. Jak poszedłem - tak zostałem. Pierwsza piosenka, którą wtedy usłyszałem była "Rzeka". Do dzisiaj jeszcze brzmi mi w uszach. Wiele zresztą było tamtego wieczoru pięknej muzyki. Zaczarowany nią pozostałem z moimi nowymi znajomi do końca zimowiska. Gdy byłem na miejscu nie musiałem się nawet tłumaczyć nikomu, dlaczego nie przebywam ze swoja grupa. A gdy wychodziliśmy w pobliskie góry, bez problemu dostawałem na to zgodę. Tak naprawdę był to jedyny z moich wakacyjnych wyjazdów, na którym nie zaprzyjaźniłem się z nikim z własnej grupy. Do dzisiaj natomiast utrzymuje kontakt z niektórymi z pośród ówczesnych studentów - turystów. A Wolna Grupa Bukowina jest od tamtego dnia ze mną stale. Bo to jest taka muzyka, która rodzi się wśród liści drzew i w piasku drogi. gdy się ja mocno pokocha, nie potrzeba już magnetofonu, CD, MP3 i innych wynalazków. Tak naprawdę nie potrzeba nawet gitary. Ona po prostu gra w duszy. I po prostu jest. Jak dom.
Pozdrawiam wszystkich, którzy czują się członkami wielkiej Bukowej Rodziny. Mój dom - jaki by nie był - jest BUKOWY. I drzwi w nim są otwarte. Wejdźcie proszę. Albo przynajmniej napiszcie.
Jacek


Moja przygoda z WGB

Moja przygoda z WGB zaczęła się od ..... Starego Dobrego Małżeństwa. To dzięki SDM "wsiąkłem" w takie klimaty. Później była Tosia Krzysztoń i... ukoronowanie poszukiwań - WGB. Pierwszą piosenka którą usłyszałem było "Bez słów". Skoro tylko ustaliłem 'kto TO spiewa' pobiegłem do sklepu muzycznego i nabyłem drogą kupna składankę 'Pieśń łagodnych'. I juz po pierwszym przesłuchaniu zakochalem sie w tworczości Wojtka & Spółki. To było .... ehhh takie bliskie memu sercu. Grało mi w uszach nawet gdy płyta juz sie zatrzymała. CUUUUDOOOO. Teraz słuchanie WGB jest najlepszą kołysanką, wyciszającą mnie do snu. I najlepszą pobudką pozwalającą łagodnie przejść z sennych wedrówek po Bieszczadach do szarości dnia i założyć dnia brzemię.

Krzysiek


Bukowina

Magda 


Bukowina to całe moje życie.
Chwile najpiękniejsze
najbardziej niesamowite
chwile, które są we mnie gdzieś głęboko
tak mocno zakorzenione
przyjaciele
kochane chwile kochane miejsca
ciągle tylko tęsknię
tęsknię
nie chce nigdy tego utracić
bo to ja - prawdziwa
ja - głęboka
jest dokąd wrócić wracać powracać
zawsze
to moja Wolność
Bukowina to moja WOLNOŚĆ
pociągi
letni zapach torów kolejowych
trawy wysuszone
żar z nieba
"wsłuchany w Twa cicha  piosenkę..."...
krzyk wolności
zapach miłości
zapomniane dworce 
wiatr i przestrzeń
..."...a góry nade mną jak niebo,
 a niebo nade mną jak góry..."...

Magda


Moja przygoda

Moja przygoda.......moje życie w bukowinowym domu.......przejscie w wieku niemalże 5 czy 6 lat za sprawą starszego brata przez Krainy Łagodności bramę..... ....ile można mówić...i co mozna powiedzieć o Poezji aby dalej prowadziła przez góry...prze doliny i manowiec słoneczny..... ...bo ile swiatłem prowadzeni dróg powietrza przejść .....zdołamy?

Ala


Moja przygoda z WGB

Na Bukowinę tarfiłem w liceum, kiedy to koleżanka potrzebowała gitarzysty na OKR. I tak potem poleciało, gdzie się nie ruszałem tam ze mną była. Słyszę ją cały czas... Daje kolor szaremu dniowi.
Pomaga mi czasami wyrwać się gdzieś w drogę...
Broni mnie przed "bezbarwnymi kalekami"...

Turek


Moja przygoda

WGB znam już od x lat. To dzięki niej kupiłem gitarę przed x laty i podjąłem naukę gry to dzięki niej zapałałem miłością do poezji to ona mnie uwrażliwiła i sprawiła, że zacząłem widzieć świat oczyma wyobraźni to jej piosenki towarzyszą mi tak w dobre, jak i złe dni i zawsze odnajduję w nich nowe znaczenie, nowy sens, to one są solą mojego życia WGB sprawiła, że poznałem ludzi podobnych sobie, odbierających na łagodnej fali, nie przywiązujących specjalnie wagi do takich rzeczy jak: samochody, hi-end stereo, czas to pieniądz, wasch & go, wakacje w Turcji, wodotryski, wędzone małże, 256 MB RAM, CPU 1,7 GHZ i 80 GB HDD/7200 obr./m, elektryczne szczoteczki do zębów, roczna prenumerata HOME & MARKET itd, "bo dom mój otworem stoi dla takich jak my" - czyli ludzi gotowych z dnia na dzień spotkać się z przyjacielem, wysłuchać go, pomóc, razem zbudować świat, choćby z kart, choćby ze słów; ludzi zarażonych wirusem WGB, dla których iść w góry to nie tylko rekreacja, dla których spotkać się to nie tylko najeść, wypić i porechotać. Wolna Grupa Bukowina jest jak chleb: zawsze potrzebna i zawsze smakuje i choć Wojtek przeniósł się do wiecznie zielonej Bukowiny, jego poetyckie status quo trwa, trwa w nas i trwać będzie jak "sad". Dziękuję twórcom strony wgb za wspaniałą pracę i ... oby tak dalej!

Piotr


Moja przygoda z WGB

Dzięki, że mogłam przeczytać parę bukowych liści. W końcu okazało się, że są jeszcze normalni ludzie na tym świecie. Żałuję, że nie mam w rękawie żadnej przygody z WGB ale to dlatego, że mam to w swej duszy. Chociaż chyba się to wszystko zaczęło od 86 r., kiedy wstąpiłam do harcerstwa gdzie często wyjeżdżaliśmy z gitarami... Były noce, ognisko i muzyka i oczywiście moja pierwsza miłość niespełniona... Piękne to były lata liceum. Po liceum drogi nasze się rozeszły niestety a tęsknota z piosenką z krainy łagodności pozostała. O ile nadarzy się okazja usiądę z wami wszystkimi przy bukowym ognisku i w głębi duszy będę wiedzieć że to jest moja rodzina.

Ela


Moje spotkanie z WGB (i SDM)

Moje pierwsze spotkanie z klimatami reprezentowanymi przez WGB i SDM było banalne, a zarazem dość skomplikowane. Nie wiem, ile miałam wtedy lat. Teraz mam niedużo, wtedy miałam jeszcze mniej, więc pewnie można to określić "mało". Kilka. Coś z 7-8. Moja siostra nie miała jakichś przesadnych związków z harcerstwem. Jej koleżanki również nie. Ale wszystkie uwielbiały (i w miarę możliwości uwielbiają nadal) piesze, długie wycieczki po górach. Bieszczady, Beskidy, Sudety... I nie tylko góry, chociażby Roztocze. Z pewnej wycieczki siostra wróciła z jedną kasetą SDM i jedną WGB. Przesłuchała parę razy, jakiś czas lubiła, na mnie siedzącą stale przy magnetofonie uwagi zbytniej nie zwracała, po czym odłożyła. Niestety, nie na półkę. GDZIEŚ odłożyła i kasety "diabli wzięli". A ja, z racji swojego wieku, nie chwytałam do końca sensu tych wszystkich zasłyszanych wśród nowej muzyki słów. Ale sama muzyka utkwiła mi w pamięci na długo... a nawet dłużej. Nie mogę powiedzieć, że od razu pokochałam te klimaty gorącą miłością. Ale gdzieś w duszy coś mi się chyba zalęgło, bo przez kilka następnych lat w najmniej oczekiwanych momentach powracały do mnie fragmenty tamtych piosenek. W końcu mając chyba ze dwanaście lat ropoczęłam przeszukiwanie domu i maglowanie siostry o TAMTE kasety. A siostra to normalnie jakby sklerozy dostała, bo prawie nic nie pamiętała. W rezultacie znalazłam pudełko od WGB i kasetę SDM. I znów coś we mnie sklęsło. Chwila spokoju, potem nowa, silniejsza fala. Uczucie ciągłego poszukiwania; uczucie, że obok jest coś naprawdę ważnego i istotnego, i że to coś ci się wymyka. Rok, może dwa później pewien chłopak na wakacjach przy ognisku zaczął grać właśnie TAMTE piosenki. I wtedy powzięłam ostateczną decyzję.. W rezultacie mam dziś, po kolejnych trzech latach, chyba z 9 płyt SDM i kilka WGB (czasem mi się liczby mylą, bo nie są takie istotne). Wszystko zasługa mojego taty, bo on ma jakieś znajomości i potrafi załatwić każdą płytę.... Pozdrawiam serdecznie!

czytaj strony: [1] [2] [3] »

© Łza 2003;
przejdź do: BrzmieniE CiszY
Projektowanie witryn www: kliknij
wszytskie prawa zastrzeżone