Wolna Grupa Bukowina
www.wgb.w.pl
Dla wszystkich drzwi otwarte
http://pulsar.net.pl/bukowina
Nowości
Dom Bukowy
Mieszkańcy
Dłutem wyryte
Gędźby
Stara szuflada
Pieśni
Na szlaku
Kronika
Śpiewogranie
Pokój Wojtka
Bukowe liście
Przy ognisku
Młoda Bukowina
Gitarowy kącik
Strych
Kontakty
Szlaki

Bukowina każdego z nas
Miejsce na Twój wiersz, opowiadanie...


Miłosierna: [email: vicktoria@vp.pl]

Jakieś wczoraj temu, o dwa stopnie na jutro
Małości wydarzeń utonęły w średnicy czasu
Życzenie spełnił czerwony nadolbrzym
W noc spadających nieboskłonów...

Zza kwadratury świata widziałam
lewitujące skrawki niespełnionych snów -
- popioły we mgle i sadza wiotka
W noc wzniecających się ognisk wulkanów.

............................................

Bóg nachyla się nad błękitami.
Głaszcze nie dopieszczone kwiaty.
Odgarnia z nich rosę zmęczenia,
wyswobadza z kurzu wielkich fabryk

Oczy przylepione do niebieskiego,
migającego źródła opisanego szczęścia.
Odchyla się czas i zrzuca stąd do nikąd
nas i nasze wątpliwe chęci istnienia.

Chwyciłam się mokrej sznurówki spod rynny
i weszłam w grotę ciemności wszechświata.
Miłość świeci teraz jaśniej ode mnie
W noc spadających nieboskłonów...


Andrzej Dudek: (piosenki zespołu V peron)

czasem samba...

Czasem chciałoby się , choć na chwilę
Zdjąć z plecaka bagaż ważnych spraw
Codzienności szarych trosk zostawić
Aby dziś – nie dogoniły nas....

I poleżeć w cieniu gruszy,
myślom święty spokój dać,
na organkach bluesa zagrać
i poleżeć, ... jakiś czas....

I popatrzeć na obłoki,
które gdzieś tam, w siną dal
gdzie na horyzoncie
niebo – ziemi blisko tak

A co dalej? Dalej w drogę...
Czas nie lubi w miejscu stać
Dni tak szare, noce krótkie
A poezja?
... drzemie w nas

Pani Melancholia [aut.: Simon Gębski]

Pani Melancholio,
to żadna niespodzianka
wiedziałam, że Pani przyjdzie
przed wieczorem
Czajnik smutku nastawi
usiądzie śmiało obok
na pewno powie że
jest mi z tym do Twarzy

ref.
A za oknem bębnią krople
nieprzytomnie oszalałe
walą palcami w szyby
tajemne znaki dają
Tej kropelce żalu
co gdzieś, na dnie serca mego leży...
tej, co bardzo lubi wolność

Znów przesiedzimy
kolejną noc przy świeczce
dym po staremu
łzy wyciśnie nam z oczu.
Wieczorne żale
zamkniemy w butelce
nad ranem
wrócimy znów do siebie

Od wczoraj rana
Deszcz, deszczy nieprzytomnie
Suchej nitki
z zazdrości nie zostawi
I wcale się tym nie kryje
że taki z niego drań
On po prostu lubi gdy
ktoś z nim razem płacze

Szewc

Usiadł „szewc bez butów”
na kamieniu w polu
i zapłakał nad stopami
które często go zabolą

Tyle dróg już przeszedł
tyle butów uszył
a sam ciągle boso chodził
wciąż się butów nie dorobił

No i poszedł biedaczysko
ciągle boso lecz w ostrogach
po szerokim szukać świecie
bosych ludzi na swych drogach

Jeśli kiedyś go spotkacie
Rozpoznacie go na pewno
Ciepłym słowem go uraczcie
Odwzajemni się na pewno


Wichroduch:

"W Beskidach zimą wszystkie krasnale idą spać- podobnie jak nieliczne w tym rejonie misie. Wokół iskrzą się białe mchy na kamieniach i gałęzie świerków ciężkie są od śniegu. Idąc szlakiem słyszy się tylko przyjazne pomrukiwania śniegu, który w ten sposób chce okazać wdzięczność za pierwsze ślady w bieli. Plecak jest ciężki, ponieważ dźwiga się w nim tysiące słodkich, zmęczonych, ludzkich rozmów plecionych przy najcieplejszej w świecie herbacie. Tak. W górach nie używa się cukru. Tu rozmowy osładzają herbaciany nektar. Dźwięk gitary o tej porze w schronisku jest przytulny i zasłuchany w iskry tlące się w oczach wędrowców jak rozżarzone ogniki letniej watry."

Wichroduch

Nie chcę pisać o ich zewnętrzności- o magicznym pięknie, o najcichszej ciszy, o  gwałtownym biciu serca wśród skał, o herbacie z grubym plastrem cytryny w schronisku, o mapie której nikt nie umie złożyć, o stawach zaszytych w zieleni. Znasz to- równie dobrze jak ja. Chcę pisać o duszy gór - o moim subiektywnym odbiorze ich tajemnicy.

Pierwsze odczucie, które przychodzi mi na myśl to strach przed ich potęgą, zmiennością i bezwzględnością. Potem dopiero pojawia się zachwyt. Fascynuje mnie dziewiczość, czystość, dzikość gór. Wiesz co myślę? Góry to jakby inne oblicze Afryki. To serce Afryki tętniące w mrozistości. Myślę, że w pewien sposób utożsamiam się z tajemnicą gór. Tylko tak mogę wytłumaczyć moją wieczną tęsknotę za szlakiem. Moja dusza w tęczach barw, gdzieś wewnątrz jest surowa jak śnieg. Gdzieś wewnątrz jednoczę się ze strumieniami nagłego deszczu ze stoku i z nagością grani. Ubóstwo gór, ich prostota oczyszczają mnie, budzą we mnie tę Katarzynę ukrytą w samym środku środka. Góry zdzierają ze mnie szatę słów, okrzyków, nut, dumań, kolorów, wzorów, iskier. Wtedy jest we mnie cichość i świętość pierwszych płatków śniegu. Pamiętaj, że gdzieś we mnie, na samym dnie leży wieczny śnieg- nie tknięty stopą myśli.

idę... na ścieżce cisza
pnę się mokrą kamienną wstęgą
słońce w świerkach śpi
sycę błękitem źrenice

nagle błoto i ból

kamieniu niewinny jak chleb
naucz mnie mówić: nie wiem
w ciemnościach ciasnego ja
gdy Bóg woła jak góra




zamykacie okna i twarze
gdy zwilżam języki jezdni
w pieszczocie liści chowam smutek

myślicie, że śpiewam tylko
po ciemności opustoszałych butów
że opowiadam zawsze
o spojrzeniach kłujących horyzont
lecz

posłuchajcie moich kropel
na leśnych pajęczynach...

Kocham drogę milknącą za świerkiem.
Kocham polanę utkaną wrzosami.
Kocham kaczeńce przeglądające się w strumyku.
Kocham meteory spadające do źrenic.
Kocham okrzyk ciszy na szczycie.
Kocham zapach drewna przy herbacie z cytryną.
Kocham rozwiane włosy niknące w oddali.
Kocham rześkość potu- gdy zdejmę kapelusz.
Kocham zdziwienie znalezionego prawdziwka.
Kocham rozmowę szczerą jak krzyż przydrożny.
Kocham spojrzenia wędrujące w niebo.
Kocham migotające żółtawo oczy schroniska.
Kocham nocne korale borówek w słońcu.
Kocham ciszę przydrożnego pyłu.
Kocham odgłosy wiatru w namiocie.
Kocham nieśmiałość głosów przyłączających się do gitary.
Kocham poranny chłód strumyka.
Kocham poczucie nie powracania do nikąd.
Kocham spuchniętą upałem rękę na pożegnanie.

Ten polny biały kwiatuszek
Żył tylko dla tej chwili
Gdy pod wspomnieniami mgieł

Usiadłem

Pszczoły nie przerwały pracy

I tylko on zabarwił moją myśl
Świętym kolorem kobiecych płatków
Rozchylonych na chwałę Tajemnicy

Jego twarz opowiedziała mi
O trudzie oczekiwania
I polnego pamiętania


W Beskidach jest zamszona cisza na bezdrożach i tylko szmery skrzydeł jastrzębich zahaczone w bezdrożnym milczeniu. Można oczyścić oczy w przeżółtej topieli kaczeńców nad błyskliwym strumykiem. Można oczyścić serce pieśnią cerkiewnie nabrzmiałą. Jest w tych górach nieopowiedzianość bajek na przydrożnych kamieniach, niewysłowioność legend zaklętych w dziuplach starych drzew. W śródgórskich watrach płoną śródmiejskie smutki. Iskry ognisk błogosławią nas złotawo. Wracać tam co chwilę, by na poddaszu schroniska wsłuchiwać się w kołysankę beskidzkiego deszczu wieczornego. I być szczęśliwym jak noworoczne życzenia w ukochanych ustach.
"Tym, z którymi łączą mnie góry i pieśni z gór

jak niewielu potrzeba kamieni
omszonych jasnozielono
by dalej razem kosztować przestrzeni

by przed rozstajem się pokłonić
w przeczuciu o duszach swoich
i tak skamienieć w uścisku dłoni


Wiatr w górach. Wiejący zaraz pod sklepieniem czaszki, a jednocześnie wypełniający każdy neuron mózgu. Zamiast myśli - wiatr. Gdy stajesz z bolącymi ramionami, zmęczonymi stopami, napuchniętymi dłoniami, zeschniętymi wargami- ten wiatr jest kołysanką, modlitwą, piosenką. Wypełnia całe twoje jestestwo, sprawia, że możesz wznieść się ponad ból. Ten wiatr mówi o największym przywileju człowieka - o możliwości wyboru swojego losu i drzemiącym w niej szczęściu. Nie ma nic poza szumem - nacichającym, to znów gwałtowniejącym. Jego mowa przypomina mowę fal. Zdaje się, jakby chciał porwać nasze zmęczenie i unieść nas w zapomnienie. Słyszysz szum. Stajesz się szumem.



Motyl:

Mam coś ostatnio chęć pośpiewania przy ognisku, z gitarą. Iść do lasu. Znaleźć polanę, wolną od drzew. Zebrać drewno i rozpalić wcześniej przygotowane ognisko. Potem usiąść z przyjaciółmi dookoła ogniska, ktoś gra niezmordowanie na gitarze. Ktoś rozlewa kawę do kubków, a ktoś jeszcze inny szykuje patyki na kiełbasy. Niema to jak kiełbasa z ogniska. Oni poszli przyszykować we czwórkę miejsce do spania, a dokładniej ułożyli koce naokoło ogniska. W nocy i nad rankiem może zrobić się zimno. Chociaż nie, na pewno ktoś dołoży drewna. Usiedliśmy wszyscy w kręgu. Nikt się nie odzywa; tylko jedna osoba szarpie struny gitary, na którą zbieraliśmy cały Boży rok. Nie zaśpiewaliśmy. Gitara lepiej brzmiała niż nasze serca i umysły. Każdy z nas osobno i w sobie tylko po cichu się radował z tego, że mogliśmy się spotkać po trzech latach. Mieliśmy może 16 – 17 – wtedy przy ognisku. Każdy chyba teraz myślał nad tym co powie gdy już zaczniemy gadać, bo przecież po to się tu spotkaliśmy. A może i nie , może po to aby tylko pobyć znowu razem i aby cieszyć się blaskiem ognia i ciszą. Ale kto zacznie gadać pierwszy. W naszej paczce nie było nigdy przewodnika, każdy kroczył swoimi ścieżkami, ale mimo to stanowiliśmy zgraną paczkę przyjaciół. Pierwszy zacząłem ja. Opowiedziałem o przygotowaniach do dzisiejszego spotkania. Gdy byłem w połowie – przynajmniej tak mi się wydawało – ktoś nagle wszedł w krąg światła bijący od ogniska tak, że każdy mógł go dostrzec. Zarazem przyszedł nagle, ale jakby spokojnie po cichu i tak, że nikt nie zauważył go w pierwszym momencie. Może stał już tam od jakiegoś czasu? Nikt z nas nic nie powiedział. On usiadł koło mnie – po mej lewicy, bo akurat tam było wolne miejsce. Po mojej prawej stronie leżała oparta o mnie ona. Lecz zanim usiadł w kręgu; zdjął kapelusz i powiedział kłaniając się zarazem – „Majster Bieda” – po czym siadł.

Ksiądz dał mu kiełbasę, chleb, ale on nie wiedział, że ten który go poczęstował był księdzem. Podałem mu mój kubek kawy, on podziękował. Zjadł i wypił. Myśleliśmy, że coś nam o sobie opowie, ale on tylko wziął koc, położył się i zasnął. Wyglądał tak ciepło i miło. Jego broda i kapelusz zasłaniały mu twarz. Nikt z nas nie wiedział czy Majster Bieda śpi czy może słucha naszych opowieści. Nad ranem już go nie było. Ktoś stwierdził tylko jeden fakt. Przecież nikt z nas nie dokładał do ogniska, a jednak wszystkim było ciepło... Ksiądz ten sam który dał mu jeść, podszedł do miejsca w którym spał nieznajomy, a raczej znajomy. Znalazł na kocu kartkę na której były napisane takie oto słowa:

„dzięki wam przyjaciele, nie zapomnę wam tego gestu, gdy odwiedzicie królestwo moje w niebie”


Mgła:


"Leśna droga"

Tonę w głębi mroku
Staruszek księżyc w okno me puka
Gwiazdy brokatem zalały niebo
Myśli muzyka droga

Las swą pieśń roztacza nade mną
Szumią drzewa szepcą coś
Nie rozumiem ich
Gdzieś w oddali dym z komina
Snuje gadkę ognistą
Tam też ludzie byli
Drzewo głęboko zakorzenione

Idę dalej po omacku
Zdziera się ze mnie tajemnicy blask
Liście spadają na mą głowę

I woła mnie przeznaczenia głos
Gdzieś na skraju lasu
Gdzie głęboka dolina
Życie kończyć się zaczyna


"Moje dzieło dla Wojtka Belona"

Kiedy idziesz tak bez słów,
z nocną piosenką po Bukowinie I,
zawsze spotkać możesz zagadkowego
Majstra Biedę, nucącego ulubioną
"Piosenkę o Zajączku".
Następnie wchodzisz w pejzaże
harasymowiczowskie, najpiękniejsze
w pażdzierniku, kiedy wokoło
rozlega się nuta z Ponidzia.
W końcu dochodzisz do Bukowiny II,
gdzie prym wodzi Czesiek piekarz,
a po ulicach kroczą zakochani,
zapatrzeni w niebo przypominające
ocean. Idąc główną ulicą napotykasz
niezwykły dom - dom bukowy.
Zamieszkuje go Maestro Bezdomny,
piszący wiersze otej pięknej
krainie - krainie łagodności.

Mgła

Simozaur:

Ballada o pasących się domach

na wzgórzu powyżej miasta
machając wolno dymnymi ogonami
pasą się niezdarne domy

czasem ziewają skrzypiąco drzwiami
innym razem łypią do księżyca
błękitnymi oczami-oknami

owinięte kolorowym płotem
majestatycznie i niespiesznie zasypiają
przy kołysankach wieczornych tramwajów
zawodzących na strunach srebrnych szyn

nad domami zaś strojne w jesień topole
tańczą wietrznego walca
unosząc za sobą rudolistny welon
aż po bury brzask
gdy budzą się rozdzwonione domy



Simozaur
W półmroku wspomnień

W strefie półcienia światło waha się
Jak nadłamana gałązka młodego drzewa
W strefie półcienia Gioconda uśmiech śle
Tak skromny, jak wystrój monastyru

W strefie półmroku - jak dobro i zło
Światłość zaplata warkocz z ciemnością
W strefie półmroku kolory to zaledwie odcienie
Niektórzy widzą purpury - inni zaś czerwienie

Zmęczony dzień opadł rosą na płatki róż
By wreszcie skonać w objęciach wieczoru

Igraszki świateł zgasił mrok

Pozostał tylko odblask świec
Zamknięty w źrenicach zamyślonych oczu
Tych oczu, które wyglądają wstecz
Przyjaciół uśmiechniętych z fotografii

Spod zamkniętych powiek wyglądam ostatnich lat
I widzę obrazy rozmazane łzami

Pozostał tylko pusty kadr

Czas już spać

Piąta rano


! Zapraszamy do nadsyłania swoich utworów. (można załączyć zdjęcie) kliknij
© Łza 2003;
przejdź do: BrzmieniE CiszY
Projektowanie witryn www: kliknij
wszytskie prawa zastrzeżone