Wolna Grupa Bukowina
www.wgb.w.pl

Bukowy Dom

Dla wszystkich drzwi otwarte
http://pulsar.net.pl/bukowina

 

Nowości
Dom Bukowy
Mieszkańcy
Dłutem wyryte
Gędźby
Stara szuflada
Pieśni
Na szlaku
Kronika
Śpiewogranie
Pokój Wojtka
Bukowe liście
Przy ognisku
Młoda Bukowina
Gitarowy kącik
Strych
Kontakty
Szlaki


Opowieść o VIII Bukograniu wędrownym
(kwiecień - maj 2005)

         Która to już opowieść wichrowa? W głębi duszy chciałabym, by ktoś kiedyś przeczytał i wyruszył...

Mieliśmy „wieczną zieloność w oczach”- powiedziałby Wojtek. Nie tylko byliśmy z sobą, ale także byliśmy z sobą barwnie.

a (jak typ bacówki „a” tj. ażurowy)

Autobus do Ochotnicy Dolnej zapchany był maksymalnie. Długa była droga do gór. Długa upałem i naszym wyczekiwaniem.

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy wspominam dzień pierwszy wędrówki to moment, kiedy przyszliśmy już na miejsce noclegu, czyli okolice Gorca. Usiadłam chwilkę na uboczu i poczułam jak moje pragnienie spokoju zamienia się w przeświadczenie. Zbyt szybko żyć mi się zaczęło... a tu tak inaczej. Pierwszy raz wracając w swoje strony bukowe zdarzyło mi się poczuć, że trzeba zwolnić. Słońce między drzewami ma smak dopiero wtedy, gdy to zauważymy...

A zaraz potem uwiecznić należy nasz nowy Pawełkowo- Wichrusiowy taniec: taniec- turlikaniec. Tzn. turlikanie się w dół po trawie. Mamy jeszcze jeden taniec: taniec- deptaniec, ale nie zdradzę, o co chodzi :-)

Grało nam się do północka nocy tej pierwszej bukowej. Zrobiliśmy herbatkę z igieł sosnowych w dzbanku z giełdy staroci. To jeszcze było takie dopiero rozkręcanie się bukograniowe. Było sobie aż czterech Majstrów Biedów, tzn. tych, co zabrani zostali, by „wtulić się w krąg ciepła” między nami oswojonego „jak w kożuch”. Byli: to Marysia, Ela, Krecik oraz Magda (ta ostatnia została do końca Bukogrania).

b (jak typ bacówki „b” tj. bardzo ażurowy)

W drugi dzień szliśmy na Polanę Stawieniec. Mnie (i nie tylko mnie) najbardziej podobał się fragment zejścia bez szlaku. Było jak należy stromo i niebezpiecznie :-)

Zlało nas nieco nagle, ale przecież tak majowo, ugodowo. Wichroduszek dochodził już (jako ostatni oczywiście Ludź Bukowy) do bacówki. Według opowieści Kuby Rycerz mój stwierdziwszy, że Wichro doczołguje się już do bacówki powiedział: „Wybacz, Kuba, ale obowiązki dżentelmena wzywają” :-) no i wziął Wichrusiowi plecak. A w bacówce rozpaliło się ognisko i zawisł nad nim nieśmiertelny kociołek na pulpę. U góry było tyle dymu i słońca prześwitującego przez deski... nazwałabym to impresjonizmem mistycznym.

Wieczorem spotkałam człowieka, który umiał grać piosenki Wolnej Grupy Bukowina w oryginale! Oczywiście dostał namiary i ma mi wysłać ten śpiewnik. Było w nim wiele wierszy także bez chwytów... Śpiewało nam się trochę dłużej niż pierwszego dnia. Paweł stwierdził, że Wichroduch nie jest istotą medialną i ma zupełną rację. Kto usłyszał „Zaczerwieniły się maki” przy ognisku to chyba nie ma wątpliwości. Jednak Kącik Ludzi Gór jest potrzebny w Kraku- są tacy, który chcieliby zaczerpnąć ów atmosfery przyogniskowej, której namiastkę stworzyć można w mieście. Niektórzy nie mogą jechać w góry albo jeżdżą tam rzadko z różnych powodów...  

A nocką już z objęć rycerskich Wichruś patrzył przez szpary między belkami bacówki na płonące jeszcze w noc ognisko...

c (jak typ bacówki „c” tj. całkiem ażurowy)

Rano pożegnanie z Pawłem- krokusowe takie jak polana przed bacówką. I ruszyliśmy przez Kudłoń ku Turbaczowi. Wichroduch pożyczył sobie długopisu i ponieważ w rytmie swoim wichrowym :-) jak zwykle pokonywał szlaki, coś tam sobie notował (stwór to jest uzależniony dożywotnio od pisania). Z zapisków tych warto zacytować dwa zdania:

         „Rozumieć się z kimś to patrzeć w ten sam sposób, choć niekoniecznie to samo widzieć. Zaufanie to pewność chęci pomocy”. Jeśli chodzi o chęć pomocy to miałam na myśli zgodność obietnic z działaniem.

         Czekaliśmy przy szlaku na Inę, Janka i Julka oraz Zosię i Grzesia, którzy skoczyli na Turbacz na lekko. Dałam Magdzie zaczarowaną wodę źródlaną z krokusami. To dlatego dnia tego wieczorem trafiła bezpiecznie ze sklepu z Julkiem nocą, bez szlaku, kompasu, mapy i ciepłych ubrań :-)

         Przez wiatrołomy dotarliśmy na Mostownicę- jeden z szałasów był zajęty. Postanowiliśmy szukać dalej. Dotarliśmy chyba na Polanę Podmostownica. Pies był zmęczony tak, że w pewnym momencie przy szlaku przysnął sobie i najnormalniej w świecie chrapał! :-)

         Julek i Magda poszli do sklepu. Tymczasem porą późną przez las na przestrzał szli i wyszli prosto na polanę z szałasem (chyba nie muszę dodawać dzięki czyim zaklęciom) Adam z Marysią. I wtedy moim zdaniem rozpoczęło się takie Bukogranie, o którym marzył Wichroduch. Takie Bukogranie jak spadająca w nasze oczy gwiazda... Kto zrozumieć chce o czym piszę, powinien wybrać się choć raz... i doczekać z nami czwartej nad ranem.

         Zacytuję tutaj piosenkę o pulpie, którą ułożyliśmy z Julkiem. Momentami było naprawdę bojowo, ale na szczęście skończyło się tylko na pojedynku na słowa :-) Oto „Mea pulpa”(autorka tytułu- Ina):

        

 Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno

 No cóż każda pulpa ma własny aromat i smak

 A przecież mi żal, że w kociołku już dno wydrapane

 Tak chętnie bym znów choć łyżeczkę tej pulpy dziś zjadł

 Dziś już nie musimy o pulpę się bić nad kociołkiem

 I tyle jest piw i gitary unoszą nas w dal

 A przecież mi żal, że w kociołku nie dymi już pulpa

 I nie ma już pulp i nie będzie już nigdy a żal

 No cóż nie na darmo nieśliśmy te groszki, cebule

 I wszystko już jest: dach bacówki, ognisko i śpiew

 A przecież mi żal, że nad ogniem nie wisi kociołek

 I jakoś tak jest, że na dnie nie przypala się nic

 Co było nie wróci, wychodzę wieczorem z bacówki

 I nagle spojrzałem na ogień i ech, co za gość

 Skrzą iskry, deszcz gwiazd, nowa pulpa nad ogniem gotuje się

 I głowę bym dał, że na dnie nie zostanie znów nic

 

Magda robiła tulipany z papierków po czekoladach oblewane pachnącym miodem woskiem. Pies po odsapnięciu na uboczu przyszedł w nasz rozśpiewany krąg. A najwspanialsza jest- jak zauważyła rano Marysia- ta nasza naturalność. Wszystko się plecie jak warkocze rosy nad ranem w słońcu.

 

         No i oczywiście pominąć szczegółu tego wieczoru nie wolno takiego, że Janek z Iną poszli spać do lasu... :-) Ups?!

         d (jak typ bacówki „d” tj. do dupy)

         Rano Wichroduch chodził po trawie. W trawie było trochę gałęzi, więc na pewno klawo nie było, no ale się chodziło.

         Zeszliśmy w piątkę do samochodu Adama, który dostał mandat za parkowanie zbyt blisko potoku (policjant: Ina). Wichruś zaś zrobił sobie wianek z kaczeńców (nie wiadomo dlaczego uwielbiam zrywać kwiaty na terenie Parków Narodowych :-)- ma się rozumieć nie za często i nie za wiele).

         Bukogranie skończyło się lodami w Mszanie Dolnej. A potem była burza - już w Krakowie. Pierwsza, zdaje się, majowa burza.



tekst: ©Wichroduch

klimaty smutnych pieśmi turystycznych





© Łza 2003;
przejdź do: BrzmieniE CiszY

Projektowanie witryn www: kliknij
wszytskie prawa zastrzeżone