Wolna Grupa Bukowina
www.wgb.w.pl

Bukowy Dom

Dla wszystkich drzwi otwarte
http://pulsar.net.pl/bukowina

 

Nowości
Dom Bukowy
Mieszkańcy
Dłutem wyryte
Gędźby
Stara szuflada
Pieśni
Na szlaku
Kronika
Śpiewogranie
Pokój Wojtka
Bukowe liście
Przy ognisku
Młoda Bukowina
Gitarowy kącik
Strych
Kontakty
Szlaki


Opowieść o Bukograniu VI (listopad 2004)

A

 

Śpiewogranie to rodzaj bliskości potrzebny jak spojrzenie ze szczytu. Komunia myśli i uczuć. Jednoczenie się w rytmie z prawdą chwili. Wszystko zaś, co zostaje, to ciepłe wspomnienie, wspomnienie wybrzmienia pieśni w drewnianych ścianach chatki oświetlonych remedium – cichym trzaskiem płonącego drewna, gdy za oknem przycupnęła jesień. I pamięć o młodości naszych oczu.

 

Nim nastało – w tęsknocie spisane słowa. Kraków 4.XI.2004

 

B

 

Siadam przy Cappuccino, świecy, Okudżawie, który cichutko opowiadając w moim ulubionym języku, którego ze względu na pokolenie nie dane mi było już poznać, choć niewykluczone, że dla samego śpiewania i czytania rosyjskiej poezji nauczę się...

 

Przystańcie na moment w gorączce rzeczywistości i wypijcie mój jesienny napar ze słów, co w sercu się parzy.

 

Pierwszy moment, który ubrać w słowa się odważę niespiesznie to przesiadka w Czechowicach-Dziedzicach, gdzie miał miejsce maraton do pociągu, który zabrał nas do Zwardonia. Przyjemne uczucie, gdy z pociągu wychyla głowę maszynista i patrzy na jednogarbne wielbłądy z gitarami, które bieg swój kończą na stopniach wagonu po chwili ruszającego w dal. Jak dobrze, że zrobiono tam tylko 2 perony i z daleka widać było ów pędzące Krakusy do ciuchci, która powinna już mknąć po szynach...

 

A może wszystko zaczęło się od tego uczucia, że trzeba pamiętać nawet o zapałkach. Tak – poznałam tę radość, że wszystkie telefony, emilki, a w nich wszystkie pytania dotyczące Bukogrania są kierowane do mnie. Było więc to dla mnie odkryciem, że naprawdę lubię, gdy wszystko na mojej głowie...

 

... a może nie wszystko, bo przecież zawsze znajdzie się Ktoś, Kto pomoże zaistnieć wydarzeniu wybrzmienia pieśni. Tym razem była to Asia poznana kiedyś w legendarnym już niemal, krakowskim klubie Awangarda, który skupiał przez jakieś pół roku częściej niż raz w tygodniu niespokojne duchy mojej Ojczyzny. W przeddzień więc Asia zastukała do drzwi z pyszną marmoladą i ubrała fartuszek, by razem z przejętym Wichroduszkiem umoczyć ręce w mące i zwijać rogaliki. Potem zrobiłyśmy napis na klapie pudełka: ROGALE ASI & WICHRODUCHA. INSTRUKCJA: POCZĘSTUJ SIĘ I PODAJ DALEJ.

 

Grały 3 gitary, 2 bębenki, grzechotka i tamburyn. Była to oprawa dla jakiś 15 Osób, których liczba spadała proporcjonalnie do nocności pory :-) Na końcu został tylko Wichroduch, Asia, pan Adam z Żoną oraz Paulina i Grzesiek. I tak pletliśmy pachnący dymem jesiennym warkocz pieśni, który ozdabiał deski chatki do ok. 3.30... ostatnie chwile w ciemności. A pieśni nie były tylko polskie, bo i ukraińskie i słowackie... Tymczasem za oknem leciutko pruszył być może pierwszy śnieg... Ciekawi mnie, gdzie jeszcze na świecie snuje się tak piosenki. Może to fenomen tego kraju podobnie jak pielgrzymowanie? Nie jedyni pewnie, ale z pewnością niepowtarzalni.

 

Rankiem pożegnania (ech móc skurczyć się do wielkości krasnoludka i ukryć w pudle gitary na ten czas). I... ruszamy z Asią do Koniakowa po koronki, których tradycja tworzenia przechodzi z pokolenia na pokolenie zapisana tylko w pamięciach koronczarek... Pierwszym tej wyprawy stopem podjechałyśmy do Lalików, gdzie mrok nas przywitał i pustka na drodze. Śmiech perlił się w nas, perlił im bardziej zimno było nam i bezdrożnie. Wiatr porywał strzępki przekręcanych piosenek. Osiepliwszy się herbatą z cytryną w barze otwartym w tej wioseczce na szczęście naszego zdrowia, ruszyłyśmy drogą. I ciemno, ciemno, ciemno. I przystawałyśmy tylko, gdy samochód z na przeciwka zbliżał się oślepiając nas reflektorami. Doszłyśmy do miejscowości Piekło, gdzie piekielnie ciemna ściana lasu i droga – równie mroczna. Nad nami zaś rozgwieżdżone, jakby sierpniowe niebo. W drodze widziałyśmy jeszcze, jak pociąg rozświetla zaszyte mrokiem lasy... Na końcu zaś czekała nas jeszcze jedna przygoda: z powodu ciemności i mgły nie mogłyśmy trafić na skręt szlaku do Skalanki. Nocą zmienia się poczucie czasu, odległości. Kiedyś bałam się jeszcze strzyg wyglądających zza krzaków :-) Stanęłyśmy w końcu przy słupie granicznym i podjęłyśmy męską decyzję: wracamy do Zwardonia i tam spróbujemy dodzwonić się do Skalanki, żeby ktoś przydreptał po nas te pół godzinki, na mapie bowiem nie było kontaktu telefonicznego z chatką. Miałyśmy też nadzieję spotkania straży granicznej, z którą możnaby się zabrać. Trzymając się prawej strony drogi ruszyłyśmy w dół. I oto ku nieujmowalnemu w słowa zdziwieniu odkryłyśmy odbicie szlaku, co niechaj pozostanie tajemnicą lasu. A potem było grzanie dłoni wspólnym kubkiem herbaty. I sen – mocny, głęboki sen. I przebudzenie w górach.

 

Na koniec należy ująć w słowa radość Wichroducha, gdy w Andrychowie zatrzymał się tir i oto spełniło się wichrowe marzenie podróżowania w tej niedźwiedziej kabinie oraz obserwowania drogi z perspektywy kombajnu przez autobusową szybę. Echhhhh!!!!!! Stopami dotarłyśmy do Krakowa szybciej niż do Zwardonia pociągiem, co niechaj posłuży za reklamę uprzejmości polskich kierowców dla płci pięknej :-)

 

Kraków 9.XI.2004

 

tekst: ©Wichroduch








© Łza 2008;
przejdź do: Łza

Projektowanie witryn www: kliknij
wszytskie prawa zastrzeżone